wtorek, 11 listopada 2014

Święty Marcin po holendersku

Dziś będzie o altruizmie młodego żołnierza, wytrząsaniu kosza, piciu wina bez umiaru, o gęsiach, którym nie można ufać i współczesnych małych żebrakach - czyli o obchodzeniu dnia św. Marcina w Holandii :)
Zacznijmy jednak od początku, tj, od głównego bohatera.

Sint Maarten - kto zacz? 
Święty Marcin przyszedł na świat w 316 roku na terenie obecnych Węgier. Swoje imię dostał od ojca na cześć boga wojny - Marsa. Po przeprowadzce razem z rodziną do Włoch poznał wiarę chrześcijańską i został katechumenem - czyli osobą przygotowującą się do chrztu. Jako dorastający chłopiec wybrał karierę wojskową. Gdy miał 22 lata spotkał żebraka, któremu oddał połowę swojego płaszcza. W nocy ukazał mu się Chrystus ubrany z połówkę tegoż płaszcza i mówiący do aniołów: Patrzcie, jak mnie Marcin, katechumen, przyodział. Po przyjęciu chrztu Marcin zrezygnował ze służby wojskowej, był najpierw pustelnikiem, potem kapłanem i biskupem Tours. Do tej ostatniej funkcji został przymuszony, gdy tłum wiernych po śmierci poprzedniego biskupa podstępem zwabił go miasta pod pretekstem uzdrowienia chorej kobiety, gdyż pustelnik Marcin słynął z cudów. Ostatecznie przyjął święcenia biskupie i już na stałe związał się z Francją, pracując gorliwie na rzecz tamtejszego Kościoła, dlatego też Francuzi obrali go sobie za patrona. Zmarł 8 listopada 397 roku, a pochowany został trzy dni później, stąd 11 listopada właśnie obchodzone jest jego święto.  

El Greco, Św. Marcin, Wikimedia Commons
Kult świętego Marcina rozniósł się po Europie. Wiele kościołów zostało nazwanych jego imieniem. Sposób świętowania 11 listopada łączył w sobie tradycje pogańskie i chrześcijańskie. W listopadzie od zawsze na holenderskiej wsi wszystkie prace na polu były już wykonane, plony zebrane, bydło stało w oborze, w piwnicach nowe wino zaczynało leżakowanie - jednym słowem nadchodził czas na odpoczynek i ucztowanie. Wiele elementów tegoż świętowania ma znaczenie symboliczne i wywodzi się z legend - tak jak gęsi i wino. 

Zdradliwy drób
Jedna z legend głosi, iż mnich Marcin przerażony perspektywą biskupstwa ukrył się w komórce dla gęsi. Te jednak zdradziły go swoim krzykiem. Dlatego gęsi od zawsze towarzyszyły wielkiemu świętowaniu w dniu 11 listopada. Ludzie dawali je sobie w prezencie, w Deventer, Coevorden i Zwolle były organizowane nawet gęsie rynki. W średniowieczu wierzono, iż nogi z gęsi św. Marcina zapewnią bezpieczeństwo i ochronę przed nieszczęściem. 

Napój Świętego Marcina
Według innej legendy święty przemienił w ciągu jednego wieczoru moszcz w wino. Dlatego drugim jego atrybutem jest kufel, a dzieci jeszcze w XIX wieku śpiewały:

Sint Martijn, Sint Martijn,
T'avond most en morgen wijn!
Święty Marcin, święty Marcin,
wieczorem moszcz, rano wino!

Skoro sam święty pochwalał picie wina, nie mogło go więc zabraknąć na corocznym  jego święcie. Otwierano wtedy beczki z młodym winem, które nosiło nazwę Napoju Św. Marcina - Sint Maartendronk, a radni miasta częstowali tymże trunkiem co ważniejsze persony w mieście - urzędników, duchownych, nauczycieli. Wino jednak dostawali tylko ci, którzy dobrze wykonywali swoje obowiązki, a przynajmniej tak nakazywał jeden z przepisów z 1413 roku obowiązujących w Utrechcie. Tradycja picia wina rozrosła się tak bardzo, że w drugie połowie XV wieku wręcz nie wypadało być tego dnia trzeźwym!

Harce wokół ogniska i Dzień Wytrząsania Kosza
Wieczorem 11 listopada często palono ogniska na polach lub placach miejskich. Wcześniej jednak młodzież chodziła z pochodniami od drzwi do drzwi zbierając opał (chrust, drewno). Czasem dostawali również drobne monety, jabłka, orzechy. W niektórych rejonach 10. listopada był nazywany Dniem Wytrząsania Kosza - Schuddekorfsdag. Wieczorem żebracy wędrujący od drzwi do drzwi dostawali co nieco do jedzenia - te okruchy, które rzekomo zostały wytrząśnięte z kosza na chleb. Po domach chodziły też dzieci, zbierające kasztany i inne łakocie. Wszystkie dary wkładano do koszyka, ten zaś wieszano nad ogniskiem, a kiedy płomienie dosięgnęły dna, uprażone smakołyki były wytrząsane z kosza i zjadane. Młodzież w tym czasie śpiewała i tańczyła wokół ognia, a co odważniejsi skakali przez ognisko.

Święty Marcin dziś
Obecnie imię św. Marcina wywołuje szczerą radość na każdej dziecięcej twarzy. Kilka dni wcześniej w szkole lub w domu dzieci własnoręcznie przygotowują lampiony, z którymi potem wędrują po domach, pukają do drzwi, a gdy te się otworzą - śpiewają krótką piosenkę o świętym Marcinie, za co potem dostają nagrodę. Poniższy filmik pokazuje jedną taką ekipę "zbieraczy" w akcji ;)


Piękne jest to święto, a widok grupki maluchów z lampionami wędrującej po ciemku ulicami i śpiewającej Sint Maarten, sint Maarten... robi ogromne wrażenie. Zapukali do Was w zeszłym roku? A może sami chodzicie ze swoimi dziećmi? Jestem bardzo ciekawa Waszych wrażeń, odczuć i przemyśleń na ten temat :) 

Źródła:
http://www.jefdejager.nl/smaarten.php
http://pl.wikipedia.org/wiki/Marcin_z_Tours
http://www.beleven.org/feest/sint_maarten
https://www.youtube.com/watch?v=ys7Coeue7GA

wtorek, 4 listopada 2014

Słówko: dowcipniś

Zwany też żartownisiem. Znacie takiego? Dusza towarzystwa, powszechnie lubiany, choć czasem potrafi wyprowadzić z równowagi. 

de grappenmaker
dowcipniś

Jeśli jest to kobieta, możemy też powiedzieć de grappenmaakster. A gdy jest ich więcej - de grappenmakers (w przypadku mężczyzn) lub de grappenmaaksters (w przypadku kobiet). 

Pracowałam kiedyś z taką jedną grappenmaakster. Chowała nam buty lub je podmieniała, nabierała każdego i przy każdej okazji, potrafiła również wsadzić czyjś nos w tort, pytając najpierw niewinnie, czy przypadkiem bita śmietana nie śmierdzi, a następnie jak już delikwent zaczął wąchać - popychała talerzyk nieco bliżej twarzy. Podobno to stary holenderski kawał. Mimo wszystko wybaczaliśmy jej, bo miała w sobie jakiś urok. No i planowaliśmy wieczną zemstę, jednak w pomysłowości nikt jej nie dorównywał. Typowa  grappenmaakster ;) 

sobota, 25 października 2014

Jak w Holandii upamiętnia się zmarłych?


W 80 blogów dookoła świata to projekt blogerów, którzy opisują to samo zagadnienie z perspektywy różnych krajów, języków i kultur. Ponieważ już niebawem listopad, w którym to w szczególny sposób wspominamy zmarłych – dzisiejszy temat będzie poświęcony zwyczajom związanym z pogrzebem i sposobom upamiętniania bliskich, którzy odeszli. Trochę poważniej niż zazwyczaj, jednak nie mniej ciekawie!

Najpierw pogrzeb
Pierwszym sposobem oddawania czci zmarłym – najbardziej indywidualnym i poruszającym - jest zazwyczaj pogrzeb lub mówiąc bardziej ogólnie – ostatnie pożegnanie, gdyż zmarli w Holandii coraz częściej są kremowani. Zdarzyło mi się raz uczestniczyć w pożegnaniu pewnej starszej pani – nazwijmy ją Joanna. Odwiedzałam ją w domu, kiedy była w ostatniej fazie choroby i bardzo się polubiłyśmy. Po jej śmierci rodzina zaprosiła mnie na uroczystości, które składały się z dwóch etapów. Najpierw kilka dni po śmierci miało miejsce osobiste pożegnanie i składanie kondolencji. W wyznaczonych godzinach można było przyjść do domu pogrzebowego, gdzie w małym, chłodzonym pomieszczeniu leżała trumna. Pokoik ten był bardzo osobiście urządzony – córki pani Joanny powiesiły tam zdjęcia z różnych okresów jej życia. To był czas na ostatnie indywidualne rozmowy ze zmarłą i na składanie kondolencji rodzinie. Czasem żałobnicy przynosili kwiaty, które ustawiano wokół trumny. Wyrazy współczucia zaś – spisane na kartkach – wręczali bliskim, ci ze swej strony zapraszali na kawę do sali obok. Serwowaniem napojów zajmował się dom pogrzebowy i był do tego przygotowany, gdyż w swojej bogatej ofercie usług oferował również organizację konselacji (stypy).
Drugi etap pożegnania – kilka dni później - miał charakter oficjalny i odbywał się w dużej auli, gdzie wokół trumny zgromadzili się wszyscy krewni oraz znajomi. Rodzina i najbliżsi przyjaciele przygotowali krótkie wystąpienia, w których opowiadali o zmarłej. Wspomnienia te były przeplatane fragmentami muzyki, a zakończone kilkusekundowym filmem z wakacji, na którym pani Joanna wypowiedziała tylko jedną kwestię: „To dopiero życie!”. Oczywiście odnosiła się ona do urlopu, jednak odtworzona w takiej chwili była podsumowaniem wszystkich 75 lat i na te słowa wielu z obecnych znów sięgnęło po chusteczki. Ostatnim elementem pożegnania było odprowadzenie trumny do krematorium. W tym uczestniczyła tylko najbliższa rodzina.
Po oficjalnym pożegnaniu wszyscy obecni zostali zaproszeni na nieformalne spotkanie do pubu, gdzie przy kuflu piwa lub filiżance kawy można było jeszcze raz wspominać panią Joannę w rozmowach z innymi i oglądać przygotowane wcześniej całe albumy z jej zdjęciami.

A co po pogrzebie?
To w dużej mierze zależy od religii wyznawanej przez zmarłego i od sposobu, w jaki został pożegnany. Holendrzy rzadko odwiedzają cmentarze, co po części jest spowodowane coraz większą popularnością kremacji. Groby są dosyć ubogo ozdobione w porównaniu do polskich. Wyjątek stanowią nagrobki dzieci – pełne zabawek, lalek, przytulanek i zdjęć. Nie wiem, jak wspominają zmarłych protestanci lub muzułmanie (których jest w Holandii coraz więcej), ale bardzo podobał mi się zwyczaj katolików, a mówiąc dokładniej – sposób, w jaki proboszcz miejscowej parafii katolickiej, do której należałam, upamiętniał zmarłych podczas wieczornej Mszy 1. listopda. Szczególną pamięcią były otaczane osoby, które odeszły w ciągu ostatniego roku. Podczas gdy lektor czytał ich nazwiska, bliscy wkładali jedną różę do wspólnego wazonu i zapalali małą świeczkę. Bardzo wzruszający moment. Oczywiście w większości polskich parafii byłoby to nie do zorganizowania ze względu na dużo większą liczbę pogrzebów.

I jak? Przebrnęliście przez wszystko do końca? J Tekst może nie za długi, jednak temat dla wielu bardzo trudny. A Wy macie swoje spostrzeżenia związane ze wspominaniem zmarłych w Holandii? Lub znacie ciekawe lokalne tradycje? Z chęcią przeczytam o tym w komentarzach!

Jeśli natomiast chcecie dowiedzieć się czegoś więcej na temat oddawania czci zmarłym w innych kulturach, zapraszam do odwiedzenia pozostałych blogów:

Francja
Francais-mon-amour: Sprawa życia i śmierci

Blog o Francji, Francuzach i języku francuskim: Dzień Wszystkich Świętych we Francji

Niemcy:
Willkommen in Polschland: Niemieckie cmentarze

Blog o języku niemieckim: Słownictwo związane z przemijaniem.

Niemiecka Sofa: Jak w Niemczech upamiętnia się zmarłych?

Norwegia:
Pati Norway: Jak w Norwegii upamiętnia się zmarłych?

Rosja:
Rosyjskie śniadanie: Jak w Rosji upamiętnia się zmarłych?

Szwajcaria:
Szwajcaria moimi oczami: Znani pochowani w Szwajcarii

Szwajcarskie Blabliblu: W Szwajcarii jest niezwykle nawet po śmierci.

Szwecja:
Szwecjoblog: Jak w Szwecji mówi się o śmierci?

Wielka Brytania: 
English-nook: Przemijanie po angielsku 

English-at-tea: Dzień Wszystkich Świętych w Anglii

Wietnam: 
Wietnam.info: Jak w Wietnamie upamiętnia się zmarłych?

Jeśli sam jesteś blogerem kulturowym lub językowym i chciał(a)byś dołączyć do naszego projektu - napisz do nas:  blogi.jezykowe1@gmail.com 

piątek, 17 października 2014

Tylko dla singli

Jest taka restauracja w Amsterdamie, do której nie możesz przyjść z dziewczyną lub z chłopakiem, ani z narzeczonym, ani z narzeczoną, ani z żoną, ani z mężem. Tam możesz cieszyć się tylko swoim towarzystwem, bo stoliki są tak małe, że nie ma miejsca nawet na książkę lub gazetę. I ktoś to zrobił specjalnie! Ten ktoś to Marina van Goor, projektantka. Stworzyła w zeszłym roku miejsce dla osób, które nie przepadają za ludźmi - jednoosobową restaurację. Chce w ten sposób pokazać, iż wyjście na samotną kolację może być ciekawym doświadczeniem przebywania samemu ze sobą i wcale nie musi od razu wywoływać współczucia lub litości. 

Restauracja nazywa się Eenmaal, co oznacza zarówno "jeden raz" jak i "jeden posiłek". Ciekawostkę stanowi fakt, iż miejsce to jest otwierane czasowo, kilka dni w miesiącu i może mieć różne lokalizacje (ang. pop up restaurant). Wystrój wnętrza jest bardzo prosty, wręcz minimalistyczny - białe ściany, czarne małe stoliczki bez obrusów. Zresztą zobaczcie sami na tym krótkim filmiku: 


Jak Wam się podoba taki pomysł? We mnie wzbudził zdziwienie. Bo wyjście do restauracji zazwyczaj kojarzyło mi się z towarzystwem, nawet jeśli nie masz z kim, a chcesz pobyć między ludźmi to idziesz na kawę do kawiarni. Zawsze jest szansa, że ktoś się przysiądzie ;) Bary i kluby mają zazwyczaj małe stoliczki dla pojedynczych osób, czy więc jest potrzeba tworzenia specjalnego miejsca wyłącznie dla singli? Tym bardziej, że wiele gospodarstw domowych w Holandii jest jednoosobowych i ludzie coraz bardziej się od siebie oddalają, tworzą dystans, chronią swoje granice. Znajoma Holenderka z kilkudziesięcioletnim doświadczeniem życiowym powiedziała mi kiedyś, że tuż po wojnie ludzie byli sobie bliżsi, bo byli biedni. Potrzebowali siebie wzajemnie, swojej pomocy, więcej czasu spędzali razem. A obecnie dobrobyt sprawił, że każdy jest samowystarczalny i odsuwa się od innych. Coś w tym jest. Choć z drugiej strony doświadczenie przebywania samemu ze sobą, kontakt z własnymi potrzebami to bardzo ważna rzecz. Nie wiem tylko, na ile można się zagłębić w siebie będąc jednak w miejscu publicznym. Czas pokaże, jak długo taka restauracja się utrzyma i czy będą powstawać kolejne. Zawsze jest to jakiś znak czasu,  zmieniających się społeczeństw i przemian w kulturze. 

źródło: 
http://eenmaal.com/ 
https://www.facebook.com/popupeenmaal/info

piątek, 10 października 2014

Dorsz

Lubicie ryby? Podobno są bardzo zdrowe. A taką jadacie?

de kabeljauw
dorsz

Polując któregoś dnia na obiad w supermarkecie zauważyłam w lodówce taką oto ciekawą nazwę. Mrożonki nie kupiłam, ale po powrocie do domu sprawdziłam znaczenie. Spodobało mi się to słówko. Ryba mniej ;) 

Dorsz (Wikimedia Commons)


wtorek, 30 września 2014

Niestety

Są takie zwroty, które choć często używane, w dosłownym tłumaczeniu logiki nie mają za grosz, za to ładnie brzmią, bo się rymują. Do takich należy 

helaas pindakaas 
niestety

Helaas oznacza tyle, co niestety, natomiast pindakaas to masło orzechowe. Co ma piernik do wiatraka? Nic poza rymem. Skąd więc to dziwne zestawienie? Podobno pod koniec lat 80. w szkole w Delft zrozpaczony uczeń użył tego zwrotu po raz pierwszy i wyrażenie to szybko oraz na trwałe wpisało się we współczesny język. I stało się tak popularne jak samo masło orzechowe, zjadane w ogromnych ilościach przez małych i dużych Holenderów ;) 

masło orzechowe (PiccoloNamek, Wikimedia Commons)
A Wy lubicie masło orzechowe? :)

źródło: http://www.goeievraag.nl/vraag/wetenschap/taal/zeggen-mensen-helaas-pindakaas.32055

piątek, 26 września 2014

Język polski z holenderskiej perspektywy

W 80 blogów dookoła świata to projekt blogerów, którzy opisują to samo zagadnienie z perspektywy różnych krajów, języków i kultur. W tym miesiącu temat brzmi następująco: Jak język holenderski wpłynął na moje postrzeganie świata? Zakres szalenie szeroki jak na jeden post, toteż zawęziłam nieco tematykę i postanowiłam ograniczyć się do zagadnień czysto językowych. Bo przecież dziś jest Europejski Dzień Języków! Będzie więc o tym, co nowego odkryłam w rodzimym języku polskim dzięki poznaniu języka holenderskiego. A na koniec tradycyjnie już zaproszę w dalszą blogową podróż, w trakcie której dowiecie się, jak nauka innych języków wpływa na sposób myślenia i spostrzegania rzeczywistości. 


Nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo moje myślenie jest zakorzenione w języku polskim, dopóki nie nauczyłam się holenderskiego. Owszem, mam za sobą kilka lat nauki niemieckiego i rosyjskiego w szkole podstawowej i średniej, a potem jeszcze w trakcie studiów, ale żaden z tych języków nie był przeze mnie intensywnie praktykowany, więc obydwa pozostały w sferze wiedzy martwej, która z biegiem czasu znów staje się niewiedzą ;).  Może jeszcze angielski, jako coraz bardziej obecny w różnych dziedzinach życia, jest dla mnie językiem żywym, choć nie w takim stopniu, jak niderlandzki. Kiedy mieszkając w Holandii poznałam ten język w różnych jego odsłonach - podręcznikowej i ulicznej, naukowej i podwórkowej, regionalnej i globalnej - zaczęłam inaczej patrzeć na język polski. I dokonałam następujących trzech odkryć:   

1. Język polski jest nielogiczny. 
Czasami. Zwłaszcza gdy używamy zaprzeczeń. Żeby długo nie tłumaczyć, podam przykład z życia. Koleżanka w pracy zapytała mnie kiedyś:
- Durf je het niet? Nie masz odwagi (tego zrobić)? 
- Ja, ik durf het niet. Tak, nie mam odwagi. - odpowiedziałam, na co koleżanka wybuchnęła śmiechem. Dlaczego? Bo zaprzeczyłam sama sobie. Prawidłowa odpowiedź powinna brzmieć: Nee, ik durf het niet. 
I wtedy przypomniało mi się, że owszem, słyszałam już wcześniej, chyba na lekcji angielskiego, iż nie ma opcji: Yes, I don't ani No, I do, ale dopiero życie nauczyło mnie myśleć w ten sposób. 

Innym przykładem są zdania z dwoma przeczeniami. Zgodnie z prawidłami logiki minus i minus daje plus, więc dwa zaprzeczenia są potwierdzeniem. Ale nie w języku polskim ;) Mówimy przecież:
Nie mam żadnych pieniędzy. Ik heb geen geld. 
Logiczne, prawda?  :) 

2. Język polski jest opisowy. 
I długi. Zauważyliście, że zwykły płyn do mycia naczyń to aż cztery wyrazy? A po holendersku to tylko jeden: afwasmiddel. No dobrze, z rodzajnikiem dwa: het afwasmiddel. Podobnie jest z wieloma innymi słowami: 
jeździć na rowerze - fietsen
jeździć na nartachskiën
uprawiać sport - sporten
pasta do mycia zębów - de / het tandpasta
wysyłać wiadomości na Twitterze - twitteren
zadzwonić z odmową - afbellen
To dlatego, że w holenderskim bardzo prosto można tworzyć nowe wyrazy sklejając ze sobą już istniejące. O rekordzistach w stylu  kindercarnavalsoptochtvoorbereidingswerkzaamhedencomitéleden wspominałam we wcześniejszej edycji, ale wiele krótkich złożeń jest używanych na co dzień. A po polsku opisujemy wszystko odmieniając jeszcze poszczególne wyrazy przez przypadki. To dopiero jazda! :) 

3. Dobry wieczór i dzień dobry w języku polskim jest zmienne. 
Już na jednej z pierwszych lekcji holenderskiego dowiedziałam się, że goedemorgen mówimy do godziny 12.00, goedemiddag używamy między 12.00 a 18.00, a potem już tylko goedenavond. Początkowo nie przywiązywałam znacznej uwagi do godzin, traktując powyższą informację jako orientacyjną. Toteż zdziwiłam się któregoś dnia w sklepie, kiedy kobieta stojąca przede mną w kolejce do kasy poprawiała kasjerkę, odpowiadając: goedemiddag na jej goedemorgen, tłumacząc jednocześnie, że przecież jest już 5 po 12. Ot, kolejny wymiar holenderskiej punktualności ;) Niemniej jednak zaczęłam się zastanawiać, kiedy my mówimy jeszcze dzień dobry a kiedy już dobry wieczór? Gdzie leży ta granica i co jest ją wyznacza? Nie przypominam sobie, żeby ktokolwiek określał tutaj ramy godzinowe. W moim odczuciu to zachodzące słońce dyktuje odpowiedni zwrot. Póki jest jasno, mówimy dzień dobry, gdy jest już ciemno za oknem - dobry wieczór. I jest to granica bardzo szeroka - przecież zachód słońca trwa i obejmuje różne odcienie zmierzchu! No i słońce zachodzi przecież szybciej zimą niż latem, więc w lipcu o godz. 18.00 powiemy raczej dzień dobry, natomiast w grudniu o tej samej porze już dobry wieczór. 

A Wy jak rozgraniczacie te dwa powitania? I co nowego odkryliście, dzięki nauce innych języków? Z przyjemnością i ogromną ciekawością przeczytam o tym w komentarzach :) 

Zapraszam w dalszą językową podróż:

Angielski:
Angielski dla każdego: Jak język angielski wpłynął na moje postrzeganie świata?

Następna Blogująca: Nie ta sama głowa- jak język obcy sprawia, że człowiek myśli o tym, o czym nigdy nie myślał

Esperanto:
Językowa Oaza: Czy esperantyści mówią jak roboty?

Hiszpański:
Hiszpański na luzie - Przez hiszpańskie okulary. Jak język wpływa na nasze postrzeganie świata?  

Niemiecki:
Niemiecka Sofa - Jak język niemiecki wpłynął na moje postrzeganie świata?http://niemieckasofa.pl/2014/09/jezyk-niemiecki-wplynal-postrzeganie-swiata/ 

Blog o języku niemieckim - Jak język niemiecki wpłynął na moje postrzeganie świata?

Norweski:
Pat i Norway - Jak język norweski wpłynął na moje postrzeganie świata.

Rosyjski:
Rosyjskie Śniadanie -Jak opanowany przeze mnie język obcy wpłynął na moje postrzeganie świata? 

Szwedzki:
Szwecjoblog - Jak opanowany przeze mnie język obcy wpłynął na moje postrzeganie świata? 

Włoski:
Studia, parla, ama - Jak opanowany przeze mnie język obcy wpłynął na moje postrzeganie świata? 

Jeśli sam jesteś blogerem kulturowym lub językowym i chciał(a)byś dołączyć do naszego projektu - napisz do nas:  blogi.jezykowe1@gmail.com 

wtorek, 16 września 2014

"Skarbie fryteczko!"

Ten zwrot zapamiętałam z filmu Amazonki (Amazones). Jedna z bohaterek - zwariowana mamuśka witała tak swoje dziecko. Spodobał mi się :)

schatje patatje
 skarbie 

Literalnie trudno to przetłumaczyć. Schatje to zdrobnienie słowa schat - skarb, natomiast patatje - to również zdrobnienie słowa frytka (patat). Jak więc brzmiałoby to po polsku? Skarbusiu fryteczko? ;) Jakoś tak...
Choć częściej jest używany w stosunku do dzieci,  można również w ten sposób zwrócić się do swojej ukochanej, względnie ukochanego :)

Frytki (Wikimedia Commons)
Jak Wam się podoba? Chcielibyście być tak nazywani? :) 

poniedziałek, 8 września 2014

Vincent Bijlo

Bijlo - holenderski kabareciarz i pisarz - zaintrygował mnie, kiedy w poszukiwaniu materiałów do poprzedniego posta natrafiłam na jeden z jego utworów Het is gewoon zo.  Przyglądałam się jego ruchom na scenie, sprawiał wrażenie nieco sztywnego i nie patrzył na publiczność. Zaskoczyło mnie to. Czyżby .....był niewidomy? Przyjrzałam się jego oczom - faktycznie - są martwe. A mimo to na scenie wydawał się czuć jak ryba w wodzie. Pogrzebałam więc w przepastnych czeluściach internetu i tak dowiedziałam się, że:

1. Vincent od urodzenia, tj. od 49 lat, poznaje świat wszystkimi innymi zmysłami, poza wzrokiem. 

2. Skończył filolologię niderlandzką.

3. Jego żona, Mariska Reijmerink jest anglistką i piosenkarką, poznali się w 1986 i czasem występują razem. Nie mają dzieci. 

4. Pisze artykuły do gazet (m.in. Algemeen Dagblad), można go też usłyszeć w radiu lub zobaczyć w telewizji. 

5. Wybiera się na Marsa - tak przynajmniej ogłasza w swoim obecnym programie kabaretowym Enkeltje Mars - Bilet w jedną stronę na Marsa.  ;) 

Oto, co dokładnie pisze: 

Ik, Vincent Bijlo, zal niet lang meer op aarde rondlopen. 
Ja, Vincent Bijlo, wkrótce nie będę już dłużej chodził po tej ziemi. 
Ik ga, als eerste en voorlopig enige cabaretier, naar Mars.
Lecę na Marsa, jako pierwszy i tymczasowo jedyny kabareciarz.  
Ik ga daar de functie van huiscabaretier uitoefenen. 
Będę tam pełnił funkcję domowego kabareciarza. 
Terug kan ik nooit meer, er staan nog geen benzinepompen op Mars.
Nigdy nie będę mógł wrócić z powrotem, na Marsie nie ma jeszcze stacji paliw. 

A tu krótka zajawka najnowszego programu Enkeltje Mars: 


Znacie Vincenta? A może ktoś z Was spotkał go osobiście lub widział na scenie? Jestem ciekawa Waszych wrażeń : )

Źródło:
http://www.vincentbijlo.com

poniedziałek, 1 września 2014

Po prostu

Macie czasem tak, że nie wiadomo, co powiedzieć? Jak wyjaśnić bieg wydarzeń, gdy ktoś pyta: Dlaczego? (Waarom?) lub Jako to? (Hoezo?) Ja tak mam. I używam wtedy bardzo wygodnego zwrotu: 

het is gewoon zo
tak po prostu jest

Można też powiedzieć dat is gewoon zo. Krótko, zwięźle i na każdy temat. Sprytne, nie? ;) 

A oto przykłady wykorzystania tego zwrotu razem z kontekstem:

Gek word ik van scheikunde. Waarom? Het is gewoon zo.  żródło 
Mam bzika na punkcie chemii. Dlaczego? Tak po prostu jest. 

"Had je dit verwacht?"
Oczekiwałeś tego? 
"Nee. Het is gewoon zo gelopen, de weg is heel apart geweest."  żródło
Nie, tak się po prostu złożyło. Droga była bardzo szczególna. 

I jeszcze coś do posłuchania - piosenka Vincenta Bijlo Het is gewoon zo. Podoba mi się wymowa Vincenta - mówi powoli i baaardzo wyraźnie. Sprawdźcie sami!