wtorek, 25 listopada 2014

Holenderska kuchnia

W 80 blogów dookoła świata to projekt blogerów, którzy opisują to samo zagadnienie z perspektywy różnych krajów, języków i kultur. Listopadowa edycja jest poświęcona kuchni, zwyczajom żywieniowym, tradycyjnym potrawom i przysmakom. Pisałam już o niektórych holenderskich słodkościach jak  stroopwafle i dropy, wspomniałam też o śledziach oraz serach, a także sylwestrowych pączkach, więc teraz będzie o tym, co od wielu lat pojawia się w holenderskich garnkach na co dzień.  


Stamppot - tłuczony garnek
To najpopularniejsze danie, najprostsze i ma wiele odmian. Zazwyczaj podstawą są gotowane ziemniaki z warzywnymi dodatkami, które potem trzeba wymieszać, utłuc, rozbełtać - jak kto woli - na brejowatą masę. Ten jednogarnkowy posiłek wywodzi się z wiejskiej tradycji. Wygląd gotowej potrawy na talerzu nie budzi zachwytu, ale chodzi przecież o smak, a ten wciąż jest ceniony przez Holendrów. Zresztą oceńcie sami - oto boerenkool met worst - ziemniaki z jarmużem i kiełbasą: 

Tłuczony garnek z jarmużem (Wikimedia Commons)
A tu inny rodzaj - stamppot andijvie, też bazujący na kartoflach, tym razem z endywią i skwarkami: 

Tłuczony garnek z endywią
I jak się Wam podoba? Nie bardzo? To może skusicie się na inny gatunek:

Hete bliksem (tłum. gorąca błyskawica) - nazywany też hemel en aarde (niebo i ziemia) - to ziemniaki z jabłkami, cebulką i skwarkami lub kaszanką. 

Stamppot zuurkool - kartofle z kiszoną kapustą - jak sama nazwa mówi.

Hutspot - to ziemniaki, marchewka i cebulka.

Stamppot zalm - cykoria, ziemniaki, filet z łososia (zalm), śmietanka i koperek.

Stamppot prei -  por (prei), kostki żółtego sera i ziemniaki oczywiście :) 

Stamppot Hawai - kartofle, ananas, czerwona papryka i jabłka. Czasem dodaje się też kukurydzę. 

Blote billetjes in het gras (Gołe pośladki w trawie) lub też blote kindertjes (dzieciaczki) in het gras - tak, tak - to również tłuczony garnek - na bazie ziemniaków, fasolki szparagowej i białej fasoli. Owo danie o intrygującej nazwie zyskało popularność po tym, jak matka jednego z piłkarzy zaprezentowała je w programie telewizyjnym De Regenjas. Poniższy klip jest wycinkiem z tego właśnie programu - stamppot pojawia się w drugiej minucie: 

I tak można długo wymieniać i wymyślać - widzicie więc, że gotować, tłuc i mieszać ze sobą można niemal wszystko :)

Erwtensoep - grochówka
Nazywana też snert to kolejne danie idealne na jesienne i zimowe wieczory. Zasadniczo jest zupą, ale tak gęstą, że niektórzy zaliczają ją do tłuczonych garnków. Podobno najlepszy smak ma na drugi dzień. A serwuje się ją często z żytnim chlebem posmarowanym masłem, obłożonym żółtym serem lub boczkiem. Na przykład tak: 
Holenderska grochówka (Wikimedia Commons)
Pannenkoeken - naleśniki
Niektórzy jedzą je zawsze po grochówce - jako deser, ale świetnie nadają się jako danie główne. Wszystko zależy od dodatków, a te ogranicza tylko wyobraźnia :) Najczęściej są spożywane na słodko - z syropem (stroop) lub cukrem pudrem. 
Naleśnik  z syropem (Wikimedia Commons)
Do 1996 roku naleśnik nazywał się pannekoek (bez n w środku). Dziś słowo to ma obraźliwy charakter (scheldwoord), określa ono słabeusza, osobę pozostającą w tyle. Trzeba więc pamiętać o prawidłowej pisowni i wymowie, jeśli chcemy żyć w zgodzie z Holendrami ;) 

Gehaktbal - kotlet mielony
Podobnie jak grochówka i naleśniki - również kotlet brzmi znajomo :) I faktycznie jest bardzo podobny do naszego tradycyjnego mielonego. Holendrzy są do niego bardzo przywiązani. Kiedyś rozmawiałam z koleżanką z pracy na tematy kulinarne i była zdziwiona, że Polacy też jedzą holenderskie kotlety ;) Nie wiem, kto go pierwszy odkrył, ale przypuszczam, iż tak prosty przepis mógł mieć wielu ojców. 
Kotlet mielony z tłuczonym garnkiem w tle (Wikimedia Commons)
Ta codzienna holenderska kuchnia wcale nie różni się tak bardzo od naszej, prawda? A może sami kosztowaliście niektórych potraw? Smakowały? Ja zostałam poczęstowana kiedyś tłuczonym garnkiem z jarmużem i kiełbasą. Był naprawdę niczego sobie, dobrze doprawiony solą, pieprzem i jeszcze innymi tajemnymi specyfikami. Natomiast nie smakowały mi zupełnie naleśniki przygotowane z półproduktów. (Takie naleśniki w proszku lub ciasto w butelce gotowe do smażenia można kupić w każdym supermarkecie.) Pachniały cudownie, ale w ustach okazały się gorzkawe i papierowe, co nie przeszkadzało zupełnie moim koleżankom zajadać się nimi ze smakiem ;) Każdy ma swoje upodobania kulinarne - a jakie macie Wy? :)

Zajrzyjcie też koniecznie na inne blogi:


CHINY

Biały Mały Tajfun Baixiaotai: 12 potraw Yunnanu
FRANCJA

Francais-mon-amour: Moje osobiste top 5 kuchni francuskiej

Love For France: Boeuf bourgignon

Francuskie (i inne) notatki Niki:  Kuchnia francuska - moja osobista lista "pięciu przebojów"

HISZPANIA

Hiszpański na luzie: Czosnek w kuchni hiszpańskiej

NIEMCY

Blog o języku niemieckim: Dziwne niemieckie dania.
http://dianakorzeb.pl/2014/11/25/w-80-blogow-dookola-swiata-dziwne-niemieckie-dania/

Willkommen in Polschland: Kuchnia niemiecka a sprawa polska

Niemiecka Sofa: Kuchnia w Niemczech - przepis na Currywurst

NORWEGIA

Pat i Norway: Morskie opowieści (kulinarne)

ROSJA 

Rosyjskie Śnadanie: Bliny, kawior, Łomonosow

SZWAJCARIA

Szwajcaria moimi oczami: Tradycyjne potrawy w poszczególnych kantonach Szwajcarii.

Szwajcarskie Blabliblu: Co można zrobić z sera? 

SZWECJA

Szwecjoblog: Szwedzka kuchnia? Szwedzkie kuchnie!

WIELKA BRYTANIA 

English-at-Tea: Kuchnia Anglii moim okiem 
WŁOCHY

Wloskielove: Jak Włoszki to robią czyli czy makaron tuczy?

 http://wp.me/p4n2x4-b9

Primo Cappuccino: Jak skutecznie obrzydzić sobie Włochy?

http://www.primocappuccino.pl/kuchnia-wloska-obrzydliwe-potrawy/

Studia, parla, ama: 10 rzeczy o kuchni włoskiej, których nie wiedziałeś
http://studiaparlaama.pl/w-80-blogow-dookola-swiata-10-rzeczy-o-kuchni-wloskiej-ktorych-nie-wiedziales/

WIETNAM 

Wietnam.info: Kuchnia wietnamska

Jeśli sam jesteś blogerem kulturowym lub językowym i chciał(a)byś wziąć udział w naszym projekcie - napisz do nas:  blogi.jezykowe1@gmail.com albo dołącz do naszej grupy na Facebooku.

czwartek, 20 listopada 2014

Słówko: naaien - szyć

Dziś kilka słów o niewinnym czasowniku, który powinien być używany ostrożnie zwłaszcza przez panie.

naaien
szyć

I cóż w tym niebezpiecznego? To, iż naaien znaczy również oszukać oraz..... mieć stosunek seksualny. Dlatego kobiety zazwyczaj nie mówią, że szyją, tylko robią ubrania - kleren maken

Czasem gdy Holender czuje się nabity w butelkę, nabrany, wykorzystany, mówi: 

Ik word genaaid zonder ervan te genieten. 

To zdanie świetnie pokazuje dwuznaczność słówka naaien i własnie dlatego jest trudne do przetłumaczenia. Może jednak ktoś z Was się o to pokusi? :) Podpowiem tylko znaczenie pozostałych wyrazów: 
zonder - bez
genieten - mieć przyjemność
van - z (w kontekście powyższego zdania)

To kto podniesie rękawicę? :) 

wtorek, 11 listopada 2014

Święty Marcin po holendersku

Dziś będzie o altruizmie młodego żołnierza, wytrząsaniu kosza, piciu wina bez umiaru, o gęsiach, którym nie można ufać i współczesnych małych żebrakach - czyli o obchodzeniu dnia św. Marcina w Holandii :)
Zacznijmy jednak od początku, tj, od głównego bohatera.

Sint Maarten - kto zacz? 
Święty Marcin przyszedł na świat w 316 roku na terenie obecnych Węgier. Swoje imię dostał od ojca na cześć boga wojny - Marsa. Po przeprowadzce razem z rodziną do Włoch poznał wiarę chrześcijańską i został katechumenem - czyli osobą przygotowującą się do chrztu. Jako dorastający chłopiec wybrał karierę wojskową. Gdy miał 22 lata spotkał żebraka, któremu oddał połowę swojego płaszcza. W nocy ukazał mu się Chrystus ubrany z połówkę tegoż płaszcza i mówiący do aniołów: Patrzcie, jak mnie Marcin, katechumen, przyodział. Po przyjęciu chrztu Marcin zrezygnował ze służby wojskowej, był najpierw pustelnikiem, potem kapłanem i biskupem Tours. Do tej ostatniej funkcji został przymuszony, gdy tłum wiernych po śmierci poprzedniego biskupa podstępem zwabił go miasta pod pretekstem uzdrowienia chorej kobiety, gdyż pustelnik Marcin słynął z cudów. Ostatecznie przyjął święcenia biskupie i już na stałe związał się z Francją, pracując gorliwie na rzecz tamtejszego Kościoła, dlatego też Francuzi obrali go sobie za patrona. Zmarł 8 listopada 397 roku, a pochowany został trzy dni później, stąd 11 listopada właśnie obchodzone jest jego święto.  

El Greco, Św. Marcin, Wikimedia Commons
Kult świętego Marcina rozniósł się po Europie. Wiele kościołów zostało nazwanych jego imieniem. Sposób świętowania 11 listopada łączył w sobie tradycje pogańskie i chrześcijańskie. W listopadzie od zawsze na holenderskiej wsi wszystkie prace na polu były już wykonane, plony zebrane, bydło stało w oborze, w piwnicach nowe wino zaczynało leżakowanie - jednym słowem nadchodził czas na odpoczynek i ucztowanie. Wiele elementów tegoż świętowania ma znaczenie symboliczne i wywodzi się z legend - tak jak gęsi i wino. 

Zdradliwy drób
Jedna z legend głosi, iż mnich Marcin przerażony perspektywą biskupstwa ukrył się w komórce dla gęsi. Te jednak zdradziły go swoim krzykiem. Dlatego gęsi od zawsze towarzyszyły wielkiemu świętowaniu w dniu 11 listopada. Ludzie dawali je sobie w prezencie, w Deventer, Coevorden i Zwolle były organizowane nawet gęsie rynki. W średniowieczu wierzono, iż nogi z gęsi św. Marcina zapewnią bezpieczeństwo i ochronę przed nieszczęściem. 

Napój Świętego Marcina
Według innej legendy święty przemienił w ciągu jednego wieczoru moszcz w wino. Dlatego drugim jego atrybutem jest kufel, a dzieci jeszcze w XIX wieku śpiewały:

Sint Martijn, Sint Martijn,
T'avond most en morgen wijn!
Święty Marcin, święty Marcin,
wieczorem moszcz, rano wino!

Skoro sam święty pochwalał picie wina, nie mogło go więc zabraknąć na corocznym  jego święcie. Otwierano wtedy beczki z młodym winem, które nosiło nazwę Napoju Św. Marcina - Sint Maartendronk, a radni miasta częstowali tymże trunkiem co ważniejsze persony w mieście - urzędników, duchownych, nauczycieli. Wino jednak dostawali tylko ci, którzy dobrze wykonywali swoje obowiązki, a przynajmniej tak nakazywał jeden z przepisów z 1413 roku obowiązujących w Utrechcie. Tradycja picia wina rozrosła się tak bardzo, że w drugie połowie XV wieku wręcz nie wypadało być tego dnia trzeźwym!

Harce wokół ogniska i Dzień Wytrząsania Kosza
Wieczorem 11 listopada często palono ogniska na polach lub placach miejskich. Wcześniej jednak młodzież chodziła z pochodniami od drzwi do drzwi zbierając opał (chrust, drewno). Czasem dostawali również drobne monety, jabłka, orzechy. W niektórych rejonach 10. listopada był nazywany Dniem Wytrząsania Kosza - Schuddekorfsdag. Wieczorem żebracy wędrujący od drzwi do drzwi dostawali co nieco do jedzenia - te okruchy, które rzekomo zostały wytrząśnięte z kosza na chleb. Po domach chodziły też dzieci, zbierające kasztany i inne łakocie. Wszystkie dary wkładano do koszyka, ten zaś wieszano nad ogniskiem, a kiedy płomienie dosięgnęły dna, uprażone smakołyki były wytrząsane z kosza i zjadane. Młodzież w tym czasie śpiewała i tańczyła wokół ognia, a co odważniejsi skakali przez ognisko.

Święty Marcin dziś
Obecnie imię św. Marcina wywołuje szczerą radość na każdej dziecięcej twarzy. Kilka dni wcześniej w szkole lub w domu dzieci własnoręcznie przygotowują lampiony, z którymi potem wędrują po domach, pukają do drzwi, a gdy te się otworzą - śpiewają krótką piosenkę o świętym Marcinie, za co potem dostają nagrodę. Poniższy filmik pokazuje jedną taką ekipę "zbieraczy" w akcji ;)


Piękne jest to święto, a widok grupki maluchów z lampionami wędrującej po ciemku ulicami i śpiewającej Sint Maarten, sint Maarten... robi ogromne wrażenie. Zapukali do Was w zeszłym roku? A może sami chodzicie ze swoimi dziećmi? Jestem bardzo ciekawa Waszych wrażeń, odczuć i przemyśleń na ten temat :) 

Źródła:
http://www.jefdejager.nl/smaarten.php
http://pl.wikipedia.org/wiki/Marcin_z_Tours
http://www.beleven.org/feest/sint_maarten
https://www.youtube.com/watch?v=ys7Coeue7GA

wtorek, 4 listopada 2014

Słówko: dowcipniś

Zwany też żartownisiem. Znacie takiego? Dusza towarzystwa, powszechnie lubiany, choć czasem potrafi wyprowadzić z równowagi. 

de grappenmaker
dowcipniś

Jeśli jest to kobieta, możemy też powiedzieć de grappenmaakster. A gdy jest ich więcej - de grappenmakers (w przypadku mężczyzn) lub de grappenmaaksters (w przypadku kobiet). 

Pracowałam kiedyś z taką jedną grappenmaakster. Chowała nam buty lub je podmieniała, nabierała każdego i przy każdej okazji, potrafiła również wsadzić czyjś nos w tort, pytając najpierw niewinnie, czy przypadkiem bita śmietana nie śmierdzi, a następnie jak już delikwent zaczął wąchać - popychała talerzyk nieco bliżej twarzy. Podobno to stary holenderski kawał. Mimo wszystko wybaczaliśmy jej, bo miała w sobie jakiś urok. No i planowaliśmy wieczną zemstę, jednak w pomysłowości nikt jej nie dorównywał. Typowa  grappenmaakster ;) 

sobota, 25 października 2014

Jak w Holandii upamiętnia się zmarłych?


W 80 blogów dookoła świata to projekt blogerów, którzy opisują to samo zagadnienie z perspektywy różnych krajów, języków i kultur. Ponieważ już niebawem listopad, w którym to w szczególny sposób wspominamy zmarłych – dzisiejszy temat będzie poświęcony zwyczajom związanym z pogrzebem i sposobom upamiętniania bliskich, którzy odeszli. Trochę poważniej niż zazwyczaj, jednak nie mniej ciekawie!

Najpierw pogrzeb
Pierwszym sposobem oddawania czci zmarłym – najbardziej indywidualnym i poruszającym - jest zazwyczaj pogrzeb lub mówiąc bardziej ogólnie – ostatnie pożegnanie, gdyż zmarli w Holandii coraz częściej są kremowani. Zdarzyło mi się raz uczestniczyć w pożegnaniu pewnej starszej pani – nazwijmy ją Joanna. Odwiedzałam ją w domu, kiedy była w ostatniej fazie choroby i bardzo się polubiłyśmy. Po jej śmierci rodzina zaprosiła mnie na uroczystości, które składały się z dwóch etapów. Najpierw kilka dni po śmierci miało miejsce osobiste pożegnanie i składanie kondolencji. W wyznaczonych godzinach można było przyjść do domu pogrzebowego, gdzie w małym, chłodzonym pomieszczeniu leżała trumna. Pokoik ten był bardzo osobiście urządzony – córki pani Joanny powiesiły tam zdjęcia z różnych okresów jej życia. To był czas na ostatnie indywidualne rozmowy ze zmarłą i na składanie kondolencji rodzinie. Czasem żałobnicy przynosili kwiaty, które ustawiano wokół trumny. Wyrazy współczucia zaś – spisane na kartkach – wręczali bliskim, ci ze swej strony zapraszali na kawę do sali obok. Serwowaniem napojów zajmował się dom pogrzebowy i był do tego przygotowany, gdyż w swojej bogatej ofercie usług oferował również organizację konselacji (stypy).
Drugi etap pożegnania – kilka dni później - miał charakter oficjalny i odbywał się w dużej auli, gdzie wokół trumny zgromadzili się wszyscy krewni oraz znajomi. Rodzina i najbliżsi przyjaciele przygotowali krótkie wystąpienia, w których opowiadali o zmarłej. Wspomnienia te były przeplatane fragmentami muzyki, a zakończone kilkusekundowym filmem z wakacji, na którym pani Joanna wypowiedziała tylko jedną kwestię: „To dopiero życie!”. Oczywiście odnosiła się ona do urlopu, jednak odtworzona w takiej chwili była podsumowaniem wszystkich 75 lat i na te słowa wielu z obecnych znów sięgnęło po chusteczki. Ostatnim elementem pożegnania było odprowadzenie trumny do krematorium. W tym uczestniczyła tylko najbliższa rodzina.
Po oficjalnym pożegnaniu wszyscy obecni zostali zaproszeni na nieformalne spotkanie do pubu, gdzie przy kuflu piwa lub filiżance kawy można było jeszcze raz wspominać panią Joannę w rozmowach z innymi i oglądać przygotowane wcześniej całe albumy z jej zdjęciami.

A co po pogrzebie?
To w dużej mierze zależy od religii wyznawanej przez zmarłego i od sposobu, w jaki został pożegnany. Holendrzy rzadko odwiedzają cmentarze, co po części jest spowodowane coraz większą popularnością kremacji. Groby są dosyć ubogo ozdobione w porównaniu do polskich. Wyjątek stanowią nagrobki dzieci – pełne zabawek, lalek, przytulanek i zdjęć. Nie wiem, jak wspominają zmarłych protestanci lub muzułmanie (których jest w Holandii coraz więcej), ale bardzo podobał mi się zwyczaj katolików, a mówiąc dokładniej – sposób, w jaki proboszcz miejscowej parafii katolickiej, do której należałam, upamiętniał zmarłych podczas wieczornej Mszy 1. listopda. Szczególną pamięcią były otaczane osoby, które odeszły w ciągu ostatniego roku. Podczas gdy lektor czytał ich nazwiska, bliscy wkładali jedną różę do wspólnego wazonu i zapalali małą świeczkę. Bardzo wzruszający moment. Oczywiście w większości polskich parafii byłoby to nie do zorganizowania ze względu na dużo większą liczbę pogrzebów.

I jak? Przebrnęliście przez wszystko do końca? J Tekst może nie za długi, jednak temat dla wielu bardzo trudny. A Wy macie swoje spostrzeżenia związane ze wspominaniem zmarłych w Holandii? Lub znacie ciekawe lokalne tradycje? Z chęcią przeczytam o tym w komentarzach!

Jeśli natomiast chcecie dowiedzieć się czegoś więcej na temat oddawania czci zmarłym w innych kulturach, zapraszam do odwiedzenia pozostałych blogów:

Francja
Francais-mon-amour: Sprawa życia i śmierci

Blog o Francji, Francuzach i języku francuskim: Dzień Wszystkich Świętych we Francji

Niemcy:
Willkommen in Polschland: Niemieckie cmentarze

Blog o języku niemieckim: Słownictwo związane z przemijaniem.

Niemiecka Sofa: Jak w Niemczech upamiętnia się zmarłych?

Norwegia:
Pati Norway: Jak w Norwegii upamiętnia się zmarłych?

Rosja:
Rosyjskie śniadanie: Jak w Rosji upamiętnia się zmarłych?

Szwajcaria:
Szwajcaria moimi oczami: Znani pochowani w Szwajcarii

Szwajcarskie Blabliblu: W Szwajcarii jest niezwykle nawet po śmierci.

Szwecja:
Szwecjoblog: Jak w Szwecji mówi się o śmierci?

Wielka Brytania: 
English-nook: Przemijanie po angielsku 

English-at-tea: Dzień Wszystkich Świętych w Anglii

Wietnam: 
Wietnam.info: Jak w Wietnamie upamiętnia się zmarłych?

Jeśli sam jesteś blogerem kulturowym lub językowym i chciał(a)byś dołączyć do naszego projektu - napisz do nas:  blogi.jezykowe1@gmail.com 

piątek, 17 października 2014

Tylko dla singli

Jest taka restauracja w Amsterdamie, do której nie możesz przyjść z dziewczyną lub z chłopakiem, ani z narzeczonym, ani z narzeczoną, ani z żoną, ani z mężem. Tam możesz cieszyć się tylko swoim towarzystwem, bo stoliki są tak małe, że nie ma miejsca nawet na książkę lub gazetę. I ktoś to zrobił specjalnie! Ten ktoś to Marina van Goor, projektantka. Stworzyła w zeszłym roku miejsce dla osób, które nie przepadają za ludźmi - jednoosobową restaurację. Chce w ten sposób pokazać, iż wyjście na samotną kolację może być ciekawym doświadczeniem przebywania samemu ze sobą i wcale nie musi od razu wywoływać współczucia lub litości. 

Restauracja nazywa się Eenmaal, co oznacza zarówno "jeden raz" jak i "jeden posiłek". Ciekawostkę stanowi fakt, iż miejsce to jest otwierane czasowo, kilka dni w miesiącu i może mieć różne lokalizacje (ang. pop up restaurant). Wystrój wnętrza jest bardzo prosty, wręcz minimalistyczny - białe ściany, czarne małe stoliczki bez obrusów. Zresztą zobaczcie sami na tym krótkim filmiku: 


Jak Wam się podoba taki pomysł? We mnie wzbudził zdziwienie. Bo wyjście do restauracji zazwyczaj kojarzyło mi się z towarzystwem, nawet jeśli nie masz z kim, a chcesz pobyć między ludźmi to idziesz na kawę do kawiarni. Zawsze jest szansa, że ktoś się przysiądzie ;) Bary i kluby mają zazwyczaj małe stoliczki dla pojedynczych osób, czy więc jest potrzeba tworzenia specjalnego miejsca wyłącznie dla singli? Tym bardziej, że wiele gospodarstw domowych w Holandii jest jednoosobowych i ludzie coraz bardziej się od siebie oddalają, tworzą dystans, chronią swoje granice. Znajoma Holenderka z kilkudziesięcioletnim doświadczeniem życiowym powiedziała mi kiedyś, że tuż po wojnie ludzie byli sobie bliżsi, bo byli biedni. Potrzebowali siebie wzajemnie, swojej pomocy, więcej czasu spędzali razem. A obecnie dobrobyt sprawił, że każdy jest samowystarczalny i odsuwa się od innych. Coś w tym jest. Choć z drugiej strony doświadczenie przebywania samemu ze sobą, kontakt z własnymi potrzebami to bardzo ważna rzecz. Nie wiem tylko, na ile można się zagłębić w siebie będąc jednak w miejscu publicznym. Czas pokaże, jak długo taka restauracja się utrzyma i czy będą powstawać kolejne. Zawsze jest to jakiś znak czasu,  zmieniających się społeczeństw i przemian w kulturze. 

źródło: 
http://eenmaal.com/ 
https://www.facebook.com/popupeenmaal/info

piątek, 10 października 2014

Dorsz

Lubicie ryby? Podobno są bardzo zdrowe. A taką jadacie?

de kabeljauw
dorsz

Polując któregoś dnia na obiad w supermarkecie zauważyłam w lodówce taką oto ciekawą nazwę. Mrożonki nie kupiłam, ale po powrocie do domu sprawdziłam znaczenie. Spodobało mi się to słówko. Ryba mniej ;) 

Dorsz (Wikimedia Commons)


wtorek, 30 września 2014

Niestety

Są takie zwroty, które choć często używane, w dosłownym tłumaczeniu logiki nie mają za grosz, za to ładnie brzmią, bo się rymują. Do takich należy 

helaas pindakaas 
niestety

Helaas oznacza tyle, co niestety, natomiast pindakaas to masło orzechowe. Co ma piernik do wiatraka? Nic poza rymem. Skąd więc to dziwne zestawienie? Podobno pod koniec lat 80. w szkole w Delft zrozpaczony uczeń użył tego zwrotu po raz pierwszy i wyrażenie to szybko oraz na trwałe wpisało się we współczesny język. I stało się tak popularne jak samo masło orzechowe, zjadane w ogromnych ilościach przez małych i dużych Holenderów ;) 

masło orzechowe (PiccoloNamek, Wikimedia Commons)
A Wy lubicie masło orzechowe? :)

źródło: http://www.goeievraag.nl/vraag/wetenschap/taal/zeggen-mensen-helaas-pindakaas.32055

piątek, 26 września 2014

Język polski z holenderskiej perspektywy

W 80 blogów dookoła świata to projekt blogerów, którzy opisują to samo zagadnienie z perspektywy różnych krajów, języków i kultur. W tym miesiącu temat brzmi następująco: Jak język holenderski wpłynął na moje postrzeganie świata? Zakres szalenie szeroki jak na jeden post, toteż zawęziłam nieco tematykę i postanowiłam ograniczyć się do zagadnień czysto językowych. Bo przecież dziś jest Europejski Dzień Języków! Będzie więc o tym, co nowego odkryłam w rodzimym języku polskim dzięki poznaniu języka holenderskiego. A na koniec tradycyjnie już zaproszę w dalszą blogową podróż, w trakcie której dowiecie się, jak nauka innych języków wpływa na sposób myślenia i spostrzegania rzeczywistości. 


Nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo moje myślenie jest zakorzenione w języku polskim, dopóki nie nauczyłam się holenderskiego. Owszem, mam za sobą kilka lat nauki niemieckiego i rosyjskiego w szkole podstawowej i średniej, a potem jeszcze w trakcie studiów, ale żaden z tych języków nie był przeze mnie intensywnie praktykowany, więc obydwa pozostały w sferze wiedzy martwej, która z biegiem czasu znów staje się niewiedzą ;).  Może jeszcze angielski, jako coraz bardziej obecny w różnych dziedzinach życia, jest dla mnie językiem żywym, choć nie w takim stopniu, jak niderlandzki. Kiedy mieszkając w Holandii poznałam ten język w różnych jego odsłonach - podręcznikowej i ulicznej, naukowej i podwórkowej, regionalnej i globalnej - zaczęłam inaczej patrzeć na język polski. I dokonałam następujących trzech odkryć:   

1. Język polski jest nielogiczny. 
Czasami. Zwłaszcza gdy używamy zaprzeczeń. Żeby długo nie tłumaczyć, podam przykład z życia. Koleżanka w pracy zapytała mnie kiedyś:
- Durf je het niet? Nie masz odwagi (tego zrobić)? 
- Ja, ik durf het niet. Tak, nie mam odwagi. - odpowiedziałam, na co koleżanka wybuchnęła śmiechem. Dlaczego? Bo zaprzeczyłam sama sobie. Prawidłowa odpowiedź powinna brzmieć: Nee, ik durf het niet. 
I wtedy przypomniało mi się, że owszem, słyszałam już wcześniej, chyba na lekcji angielskiego, iż nie ma opcji: Yes, I don't ani No, I do, ale dopiero życie nauczyło mnie myśleć w ten sposób. 

Innym przykładem są zdania z dwoma przeczeniami. Zgodnie z prawidłami logiki minus i minus daje plus, więc dwa zaprzeczenia są potwierdzeniem. Ale nie w języku polskim ;) Mówimy przecież:
Nie mam żadnych pieniędzy. Ik heb geen geld. 
Logiczne, prawda?  :) 

2. Język polski jest opisowy. 
I długi. Zauważyliście, że zwykły płyn do mycia naczyń to aż cztery wyrazy? A po holendersku to tylko jeden: afwasmiddel. No dobrze, z rodzajnikiem dwa: het afwasmiddel. Podobnie jest z wieloma innymi słowami: 
jeździć na rowerze - fietsen
jeździć na nartachskiën
uprawiać sport - sporten
pasta do mycia zębów - de / het tandpasta
wysyłać wiadomości na Twitterze - twitteren
zadzwonić z odmową - afbellen
To dlatego, że w holenderskim bardzo prosto można tworzyć nowe wyrazy sklejając ze sobą już istniejące. O rekordzistach w stylu  kindercarnavalsoptochtvoorbereidingswerkzaamhedencomitéleden wspominałam we wcześniejszej edycji, ale wiele krótkich złożeń jest używanych na co dzień. A po polsku opisujemy wszystko odmieniając jeszcze poszczególne wyrazy przez przypadki. To dopiero jazda! :) 

3. Dobry wieczór i dzień dobry w języku polskim jest zmienne. 
Już na jednej z pierwszych lekcji holenderskiego dowiedziałam się, że goedemorgen mówimy do godziny 12.00, goedemiddag używamy między 12.00 a 18.00, a potem już tylko goedenavond. Początkowo nie przywiązywałam znacznej uwagi do godzin, traktując powyższą informację jako orientacyjną. Toteż zdziwiłam się któregoś dnia w sklepie, kiedy kobieta stojąca przede mną w kolejce do kasy poprawiała kasjerkę, odpowiadając: goedemiddag na jej goedemorgen, tłumacząc jednocześnie, że przecież jest już 5 po 12. Ot, kolejny wymiar holenderskiej punktualności ;) Niemniej jednak zaczęłam się zastanawiać, kiedy my mówimy jeszcze dzień dobry a kiedy już dobry wieczór? Gdzie leży ta granica i co jest ją wyznacza? Nie przypominam sobie, żeby ktokolwiek określał tutaj ramy godzinowe. W moim odczuciu to zachodzące słońce dyktuje odpowiedni zwrot. Póki jest jasno, mówimy dzień dobry, gdy jest już ciemno za oknem - dobry wieczór. I jest to granica bardzo szeroka - przecież zachód słońca trwa i obejmuje różne odcienie zmierzchu! No i słońce zachodzi przecież szybciej zimą niż latem, więc w lipcu o godz. 18.00 powiemy raczej dzień dobry, natomiast w grudniu o tej samej porze już dobry wieczór. 

A Wy jak rozgraniczacie te dwa powitania? I co nowego odkryliście, dzięki nauce innych języków? Z przyjemnością i ogromną ciekawością przeczytam o tym w komentarzach :) 

Zapraszam w dalszą językową podróż:

Angielski:
Angielski dla każdego: Jak język angielski wpłynął na moje postrzeganie świata?

Następna Blogująca: Nie ta sama głowa- jak język obcy sprawia, że człowiek myśli o tym, o czym nigdy nie myślał

Esperanto:
Językowa Oaza: Czy esperantyści mówią jak roboty?

Hiszpański:
Hiszpański na luzie - Przez hiszpańskie okulary. Jak język wpływa na nasze postrzeganie świata?  

Niemiecki:
Niemiecka Sofa - Jak język niemiecki wpłynął na moje postrzeganie świata?http://niemieckasofa.pl/2014/09/jezyk-niemiecki-wplynal-postrzeganie-swiata/ 

Blog o języku niemieckim - Jak język niemiecki wpłynął na moje postrzeganie świata?

Norweski:
Pat i Norway - Jak język norweski wpłynął na moje postrzeganie świata.

Rosyjski:
Rosyjskie Śniadanie -Jak opanowany przeze mnie język obcy wpłynął na moje postrzeganie świata? 

Szwedzki:
Szwecjoblog - Jak opanowany przeze mnie język obcy wpłynął na moje postrzeganie świata? 

Włoski:
Studia, parla, ama - Jak opanowany przeze mnie język obcy wpłynął na moje postrzeganie świata? 

Jeśli sam jesteś blogerem kulturowym lub językowym i chciał(a)byś dołączyć do naszego projektu - napisz do nas:  blogi.jezykowe1@gmail.com